Study tour po pograniczu polsko-słowackim – część I

Witajcie Wędrowcy!
Jestem Kasia i jestem typową Miastową, taką aż do bólu. Niemniej na skutek pewnych zawirowań, nieoczekiwanych zdarzeń, życzliwych ludzi, złośliwości wszechświata, opiece dobrych duchów i zapewne działaniu jeszcze innych sił miałam przyjemność reprezentować stronę Zabieszczaduj.pl w czasie wizyty studyjnej organizowanej przez Stowarzyszenie Euroregion Karpacki Polska w dniach 9-14 września 2018 roku. Wizyta ta miała na celu zaprezentowanie oferty turystycznej pogranicza polsko-słowackiego i pokazanie potencjału jaki skrywa w sobie region Karpat. Oczywiście każda przyjemność ma swoją cenę, a ceną tej wycieczki było napisanie raportu.
Niestety trochę to trwało. Bo jak ująć wszystkie piękne rzeczy, które się widziało, potrawy, które
się smakowało, ludzi, których się spotkało i przeżycia, jakie temu wszystkiemu towarzyszyły w jednym w miarę krótkim sprawozdaniu? Odpowiedź jest jedna – NIE DA SIĘ. Dlatego moje „występy gościnne” na Zabieszczaduj rozszerzą się na kilka artykułów.

Nasza drużyna w kolmplecie

Zanim się rozkręcę trzy zdania o mnie, żebyście wiedzieli, co ze mnie za zwierzątko. Jak już wspomniałam jestem Miastową i do tego Poznanianką (tak, jestem oszczędna 😉). Rzadko gdzieś wyjeżdżam, a z górami mam niewielkie doświadczenie, chociaż zawsze miały w moim serduszku specjalne miejsce. Po trzecie – o Bieszczadach miałam wyobrażenie dokładnie takie, jak większość społeczeństwa: dużo szlaków pieszych po ubłoconych ścieżkach, dzikie knieje, jakieś góry i doliny, żywej duszy przez wiele kilometrów, słowem dzicz, rubieże na krańcu świata. Nic bardziej mylnego! I o tym będę pisać. Ale do rzeczy i po kolei….

Niedziela 09 września – Do szeregu, zbiórka!
Pierwszy dzień wycieczki przeznaczony był na dojazd do naszego miejsca zakwaterowania w Dworze Kombornia, gdzie mieliśmy okazję poznać Markę Karpacką CARPATHIA degustując pyszne karpackie wina i potrawy. Niestety pierwsza część wieczoru mnie ominęła (dziękuję PKP). Jest to moja pierwsza nieodżałowana strata z tego wyjazdu. Zwłaszcza, że wszyscy uczestnicy wyglądali na bardzo zadowolonych, kiedy wreszcie zdyszana i zmęczona po całym dniu dotarłam na kolację. I tu na chwilę się zatrzymam, bo Dwór Kombornia zasługuje na kilka chwil uwagi.

Dwór Kombornia nocą

Dwór Kombornia nocą

Zespół Dworski to siedziba ziemiańska sięgająca swoją historią XVI w. i jeden z lepiej zachowanych zespołów rezydencjalnych na Podkarpaciu. Na 10 hektarach powierzchni mieści się czterogwiazdkowy Hotel SPA z bogatą infrastrukturą Wellness, trzygwiazdkowy Wine Garden Hotel, Salon Win Karpackich, Centrum Konferencyjne i Bankietowe. Jednym słowem wszystko, czego Miastowa może wymagać by wypocząć, wyprawić wesele, czy zorganizować wyjazdowe szkolenie. Ale co tak naprawdę zachwyca w Dworze Kombornia? Co czuje strudzony wędrowiec po całodniowej podróży będąc wreszcie u celu? Totalne zmęczenie, ulgę? Otóż nie. W tym cudownym miejscu w pierwszej kolejności czuje się wszechogarniający spokój ciała i ducha. Wierzcie lub nie, ale to właśnie poczułam wysiadając z samochodu. Jakby cały zabiegany świat i trudy dnia został za bramą wjazdową i nie miały do mnie dostępu. Mimo wysokiego standardu tego miejsca wyczuwalna jest atmosfera niewymuszonego luzu. Z braku czasu jedynie wyobrażałam sobie, że mogła bym spędzić całe przedpołudnie siedząc gdzieś w parku pod drzewem i rozkoszując się kawą spokojnie czytać książkę, za którą zabieram się od pół roku albo zagłębiać się w kolejny projekt dziewiarski domagający się uwagi w mojej głowie.
Jednak Dwór Kombornia ma do zaoferowania również inne atrakcje. Jedną z nich jest Salon Win Karpackich. To wyjątkowe miejsce urządzone w XVIII-wiecznej piwnicy kryje w sobie reprezentatywną kolekcję win z różnych regionów Karpat leżących na terenie Słowacji, Czech, Węgier, Rumuni i Polski. Uczestnicy wyjazdu mieli możliwość degustowania win z sommelierem, który udzielił im krótkiego kursu i uprzyjemniał czas opowieściami o winie. Szkoda, że mnie to ominęło… ☹

Sztuka w porze kolacji

Sztuka w porze kolacji

Kolejną atrakcją tego magicznego miejsca jest Restauracja Magnolia, w której mieliśmy przyjemność jeść kolację. Nigdy nie byłam fanką wystawnych dań, ale tym razem po prostu dałam się uwieść. Każde kolejne nakrycie było prawdziwą ucztą nie tylko dla podniebienia, ale także dla oka i duszy. Dania smakowały obłędnie od pierwszej przystawki aż po deser i wyglądały pięknie jak małe dzieła sztuki.
Wisienką na torcie okazał się jednak pokój. Urządzony luksusowo, ale z zachowaniem klimatu ziemskiej posiadłości z XVI w. Czułam się jak księżniczka śpiąc w dużym wygodnym łóżku z baldachimem. Jak widać marzenia się jednak spełniają, tylko czasem trzeba na nie poczekać 25 lat 😊.

Park wokół Dworu w świetle dnia

Park wokół Dworu w świetle dnia

Diamentowa odznaka

List do PTTK

Troszkę minęło odkąd dostałem swoją pierwszą książeczkę, w której skrzętnie podliczałem punkty GOT – (Górska Odznaka Turystyczna) 4 klasa, Sudety, pierwsza wycieczka z przewodnikiem – to chyba pierwsze poważniejsze trasy. Zainteresowanie etosem łazęgowania i historiami górskiego gawędy, przekuło się w dalszym etapie na dotarcie do przodowników, którzy podsumowywali następne zdobycze. Dziś powszechniejsze są dyplomy zdobycia szczytów, czy pamiątkowe odznaki w schroniskowych sklepikach, ale może warto poświęcić nieco więcej czasu i zebrać punkt do punktu?

Przejściem GSB wreszcie się udało rubryczki zapełnić, zatem… adresatem listu staje się Centralny Ośrodek Turystyki Górskiej PTTK. Cco prawda w okresie najbardziej wędrówkowym, krakowski oddział PTTK ma ręce pełne roboty, to jednak po cierpliwym oczekiwaniu, zajmie się sprawą naszych aspiracji do tytułu zdobywcy! Szczęśliwych posiadaczy diamentowej odznaki jest coraz więcej – http://www.cotg.pttk.pl/gsb/gsbdiamentowa.pdf
Bądźcie wytrwali w swoich wędrówkach! Wspinajcie się stopień po stopniu w odznakach… brązową zdobyć można już w trakcie jednej, konkretniejszej wycieczki 😉

Góry jesienią

W listopadzie przed trzema laty, kiedy wylegliśmy na bieszczadzkie szlaki w liczbie dwóch autokarów mogłem mówić o sobie jako co półroczny ich bywalec. Dziś ta statystyka nieco spadła, więcej jest za to czasu na sentyment do wypraw już odbytych, które w swej wartości przywiodły znajomości trwające kolejne lata.

Pomysł na trekking

w wyjątkowej ferii barw nieodłącznie kojarzy się z Bieszczadami, nie dziwi więc fakt, dzięki któremu trasa do Chatki Puchatka jest wyróżniana w zestawieniach tych najbardziej urokliwych pomysłów na wędrówkę.

Klasyka, czyli Osadzki Wierch prowadzi następującą trasą: komoot.com/tour/20638839 My zaś, w pierwszy dzień swojej wędrówki, korzystając z pogody rozszerzamy nieco swój plan – startując z Ustrzyk Górnych i idąc w kierunku Wielkie Rawki przecieramy niebieski szlak przez 3h 30min. wędrówkowej przyjemności.
Na szczycie Wielkiej Rawki zmieniamy szlak na żółty, którym idziemy aż do Małej Rawki, gdzie czeka nas kolejna zmiana koloru szlaku – na zielony. W tym miejscu, obierając zły kierunek – o co nietrudno, bo dwie odnogi idą w podobnym kierunku – ominą nas naleśniki i zostaniemy na noc w lesie, co nie jest najszczęśliwszym scenariuszem 🙂 My z Połoniny Caryńskiej schodzimy na Przysłup Caryński gdzie, za rajdową relacją:

Nic nie szkodzi, że w schronisku
Człowiek leży na człowieku
Integracja ponad wszystko
Nie ma tutaj przecież grzechu.

Spędzając wieczór zrównywany czasowo z upływającym, krótkim dniem, przy gwarze pełnym wrażeń z rasy oraz dźwiękach gitary, wiem, że kolejnego dnia będzie czekało mnie przedostanie się w Beskid Niski, gdzie z grupą pretendującą do tytułu przewodnika kontynuować miałem swój kurs.

Aparat został w rękach Marysi i Marcina. Patrząc na wykonane zdjęcia, zastanawiać się można, czy nie byliśmy już nieco spóźnieni na barwy przygotowywane corocznie przez jesień. Myślę sobie, że to, co najcenniejsze, czyli górski spokój można było nietrudno poczuć zamarudzając nieco z tyłu, za grupą. Jesienią góry pozostają najszczersze, parafrazując kawałek Wołosatek.

Na te coraz chłodniejsze, listopadowe dni, polecam zapoznanie się z ofertą addnature, sklepu outdoorowego proponującego kurtki puchowe oraz syntetyczne.

Po więcej propozycji szlaków, z którymi wędrować możemy już offline, przedzierając się przez bieszczadzką dzikość, odsyłam do aplikacji komoot. Możemy je, względem swoich upodobań, dowolnie modyfikować. We wprawnych rękach czuć dobrze, że jest to platforma stworzona przez pasjonatów górskich wycieczek, dla pasjonatów górskich wycieczek. Do zobaczenia na górskim szlaku!

Foto: M&M Mocek

 

Zróbmy sobie góry

Pochodząc z nizin i mając do gór kawałek, zdarzało mi się już przywoływać górski klimat na różne sposoby. Ot choćby robiąc biwak przez Zamkiem w Poznaniu, jeżdżąc kawałek bliżej – do Wrocławia czy Łodzi na festiwale piosenki turystycznej. Sprawić jednak, by niespokojne, wędrownicze dusze, za swój cel w wakacyjny weekend obrały Radom, to nie lada sztuka. Jak do tego doszło?

Tatromaniacy, Beskidomaniacy… Góromaniacy – na tychże facebookowych grupach, pośród wielu zapytań o warunki pogodowe, idealne szlaki czy miejsca noclegowe, z pewną regularnością, trafiać można na odnośniki do wpisów na blogach. Z początku nie zwraca się uwagi na to, kto tych informacji dostarczył, a jedynie skrzętnie kompletuje się niezbędnik do najbliższego wypadu. Wraz z kolejnymi odwiedzinami i trafieniem w sedno poszukiwań odwiedzającego stronę, rodzi się specyficzna więź. Niejednokrotnie komentarz, jakieś konkretniejsze, bardziej osobiste zapytanie… Z czasem przekonywałem się, że blogujący o górach, to nie tylko mieszkańcy południa naszego kraju (a zatem – jako poznaniak – nie jestem w jakimś odosobnieniu), choć z tekstów, jakie przelewają na klawiaturę, wydaje się, że tak góry do nich, jak i oni do gór należą 🙂

Ostrowska Photo

Fot. Ostrowska Photo

Ruda z wyboruCzar GórGóromaniacyMorgusiowe Wędrówki, My Way To Heaven, Pionowe MyśliSzukając Słońca, Wieczna TułaczkaZieloni w PodróżyŻycie Me, a w końcu Zabieszczaduj – oto skład I spotkania blogerów górskich, które odbyło się 9 lipca w Radomiu. Różnimy się podejściem do wędrówki. Niektórzy stawiają na te bardziej pionowe cele, inni chętnie uciekną kawałek za granicę. Jedno jest pewne: ogrom doświadczeń i wiedzy (co przyznał zresztą nasz gość) jest naprawdę imponujący!

Dzięki Gosi, i w mieście, mogliśmy: znaleźć się na wysokości (zdobywając ściankę), rozdziawić usta nad dokonaniami taternika, czy zwyczajnie lepiej się poznać – prawie jak wieczorem w schronisku, w samym środku sezonu.
Choć te najczęściej przeze mnie eksploatowane, beskidzkie szlaki, mogą się przy Tatrach chować, to znalezienie się w gronie kochających góry, zawsze dostarcza poczucia zrozumienia.

 

Fot. Ostrowska Photo

Było wytrwale. Tak wciągająca, by zapomnieć o niewygodach gleby, mogła być prelekcja tylko gościa pokroju Andrzeja Marcisza.

Było twórczo, tak jak twórcze potrafią być pomysły na wyprawy, które rzeźbimy spędzając nad mapą długie godziny. Wyprawy, które z taką zapalczywością opisujemy na swoich blogach. Dzięki Skills Factory wiemy już co to znaczy dobra marka. Autentyczności w pisaniu o swoich pasjach na pewno sobie nie odmówimy!

 

Fot. Ostrowska Photo

Fot. Ostrowska Photo

Było twórczo. Tkalnia Zagadek - dla mnie idealny substytut szlakowych zagwostek nad mapą i zaginionymi znakami

Było twórczo. Tkalnia Zagadek – dla mnie idealny substytut szlakowych zagwostek nad mapą i zaginionymi znakami

Choć przy schroniskowe ognisko zastąpił grill, a gitarę – za której dźwiękami można zazwyczaj ukryć zmęczenie dniem – zastąpiły rozmowy, pewne jest, że zrobiliśmy sobie góry!
W telegraficznym skrócie, dobę którą ze sobą spędziliśmy, podsumować można poniższym filmikiem:

Dzięki za spotkanie, do poczytania na blogÓrsferze!

 

Sponsorzy

sponsorzy

Wsparcie

wsparcie

Media

media

Czerwone polarki

Pięknie zimowa sobota. Kierunek? Tarnica!

IMG_20160227_102511
Czerwone polarki i do ich posiadania aspirujący;)

Na Tarnicy
Może zdjęcie?
DSC_0316

Schodzenie z Tarnicy dostarczało nieco emocji (po schodkach śladu nie było – podobnie jak miejscami i po taśmie), niektórym jednak było za mało wrażeń. W ten sposób stracił wysokość pewien, hm, niecierpliwiec – choć pewnie każdy może sobie go nazwać inaczej

DSC_0317
DSC_0318
DSC_0326
DSC_0337
DSC_0341
W kierunku Ustrzyk Górnych
Pod Caryńską

Recenzja filmu Na granicy

Czy na granicy rzeczy traktowanych dotąd jako przewidywalne, doświadczając nieznanych wcześniej emocji, jesteśmy w stanie podjąć jeszcze właściwe decyzje?


Górska wędrówka, odosobnienie. To jest to, czego potrzeba, by zadzierzgnąć na nowo więzy w rodzinie, na którą składa się już jedynie męskie grono – ojciec wraz z dwoma synami. Czy istnieje dla silnych, męskich charakterów lepsze miejsce na starcie, niż otoczenie Bieszczadów? Twórca filmu, Wojciech Kasperski, uznał je za idealne, a zdjęcia Łukasza Żala mają tutaj za zadanie dopełnić pełen niepewności nastrój. I tak właśnie jest, nieustępliwie towarzyszy on nam podczas oglądania „Na Granicy”. Filmu, który w gatunku thrillera zdecydowanie ma coś do powiedzenia.

Andrzej Chyra jako Mateusz

Marcin Szpak © Metro Films / materiały prasowe

Idąc śladami bohaterów filmu odkrywamy uroki bieszczadzkiego pogranicza tak bliskiego dla Mateusza (w tej roli Andrzej Chyra), bo związanego z pracą strażnika. Z pracą kojarzoną z czymś niebezpiecznym, gdyż wyraźnie widać granicę, której wychowani w mieście chłopcy dotąd nie przekraczali. Nieumiejętności w kontaktach ze sobą są czymś oczywistym (bohaterowie, których poznajemy, nie spędzali swojego dzieciństwa na wędrówkach z ojcem, wszystko jest dla nich nowe), o emocjonalny rozwój i równowagę dbała do tej pory matka, której nagle zabrakło.

Posiedzicie sobie z chłopakami w lesie, obwąchasz sobie stare kąty. Poobserwujemy siebie nawzajem no i zobaczymy.

Ojciec i dwóch synów na zimowej wędrówce

Marcin Szpak © Metro Films / materiały prasowe

Lechu (Andrzej Grabowski) jest w tej sytuacji kimś, kto stara się rozładować napięcie. Czuć wschodni temperament. Wszystko można jakoś rozwiązać i sobie wytłumaczyć. Często czymś, co najbardziej wiąże, są wspólne tajemnice, a takich nie sposób pomiędzy kolegami z pracy uniknąć. Choć wydawać by się mogło niewiele może się stać, to właśnie wydarzenia z przeszłości klarują nam, widzom, że nie wszystko tutaj jest takie proste i łatwe do rozstrzygnięcia.

Bartosz Bielenia jako Janek

Marcin Szpak © Metro Films / materiały prasowe

Historia, której jesteśmy na ekranach świadkami, z pewnością w sposób niedający się przewidzieć, prowadzi do zadzierzgnięcia się więzów. Na ile dosłownych i czy chodzi jedynie o te rodzinne? Co zmieni nagłe pojawienie się nieznajomego (Marcin Dorociński)? Na te pytania warto sobie odpowiedzieć już podczas seansu, której to przyjemności w tym miejscu nie zabieram.

Tajemniczy przybysz

Marcin Szpak © Metro Films / materiały prasowe

Widać jak dużo klimatu oddało filmowi to, że chatki nie gra wnętrze stylizowane jedynie na odosobnioną miejscówkę. Dawna strażnica, do której Mateusz prowadzi swoich synów, znajduje się rzeczywiście w górach. Wojciech Kasperski, jak sam przyznaje, wraz z aktorami modeluje charaktery swoich postaci. Ma na to więcej czasu, niż w filmach krótkometrażowych, które dotąd reżyserował. Choć minie trochę od sceny, gdy długą podróż w odosobnienie przerywa wypadek, a my ponownie będziemy mogli wstrzymać oddech, to wszystko składa się jednak na konsekwentne budowanie złowrogiego nastroju.

Kuba Henriksen jako Tomek

Marcin Szpak © Metro Films / materiały prasowe

Zdjęcia odbywały się chronologicznie do opowiadanej historii. W scenariuszu finał był skrzętnie skrywany, co sprawiało, że nie wiadomo było, jaki zestaw emocji zostawić sobie na sam koniec. Wierzcie, że młodzi aktorzy (Bartosz Bielenia i Kuba Henriksen), w zderzeniu z doświadczonymi kolegami z planu wypadli naprawdę przekonująco. Przy woli przetrwania potrzebnej – pozostawionym na straży – Jankowi i Tomkowi, pokazali z pewnością swój hart ducha.

Na granicy

Reżyser powiedział na premierze, że film nie opiera się stricte na wydarzeniach, mających kiedyś miejsce. Inspiruje się miejscami w Bieszczadach i opowieściami o przemytnikach, pracy straży granicznej. Mnie ten scenariusz, jak i rozwój postaci (z początku dość niewyrazistych), przekonuje. Zimowe Bieszczady są doskonałym testerem dla charakterów, a bliskość natury odsłania emocje, które wszędzie indziej byłyby prostsze do zakamuflowania.

Polski thriller osadzony w Bieszczadach

Marcin Szpak © Metro Films / materiały prasowe

PS Jeśli komuś za mało na ekranie obecności płci pięknej, może czasem zerknąć, czy na TVP Kultura nie czeka do obejrzenia „Dom na końcu drogi”. Krótkometrażowy film Wojeciecha Kasperskiego powstał w 2013 roku. Maja Ostaszewską w roli głównej, zawiłe rodzinne relacje oraz tajemnice, jakie kryje ostatni dom na wiejskiej drodze. Również i w tym obrazie za tło akcji robią Bieszczady. Polecam!

Sprawdź się z wiedzy o bieszczadzkim pograniczu.

Bieszczady na filmowo

a w tle Beskid Niski

Scena z filmu „Wino truskawkowe”

Pan Wołodyjowski, Ogniomistrz Kaleń czy Wilcze echa – to niektóre – te bardziej znane i głośne filmy, które nagrywano w Bieszczadach. Miejscowe walory krajobrazowe upodobało sobie wielu reżyserów. Okresem, kiedy zaczęły powstawać filmy osadzone w opisywanych górach, był przełom lat 50-tych i 60-tych. Filmy rodziły się falami, a tematami, które podejmowano na ekranie, była rzeczywistość końca wojny oraz specyfika regionu – życie codzienne drwali, węglarzy, wozaków. Czytaj dalej