Dzień 9: Studzionki – Krościenko nad Dunajcem

Jeszcze w Studzionkach docieram do dawnej granicy zaboru austro-węgierskiego. Usypano tu symboliczny kopiec graniczny a miejsce nazwano „ślebarzki”.
W roku 1768, w obliczu pogłębiającej się anarchii w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dwór wiedeński zaplanował zagarnięcie południowych ziem polskich. W 1769 r. Austriacy zajęli podstępnie starostwo spiskie, a w następnym roku przesunęli swe wojska wgłąb Sądecczyzny – po widły Popradu i Dunajca oraz na tereny starostwa czorsztyńskiego i nowotarskiego.
W niedzielę wszystkie drogi prowadzą na Lubań. To tu o 15ej odbywa się tradycyjne zakończenie sezonu turystycznego – jest msza św., piknik rodzinny… Dociera się tu na wszelkie sposoby – mimo apelu wójta by robić to na pieszo (wycieczka z okolicznych wsi prowadziła niejedna), na szczyt wjeżdża się traktorami, quadami, motocyklami i samochodami… Kurzy się niesamowicie, a i przyjemność pieszej wędrówki dodatkowo przy towarzyszących temperaturach spada. Przy źrodełku – jak mówią – cud boski, że w ogóle coś spływa… Naleśników na bazie nie zrobią – może to bardziej nieoficjalna opcja, dziś tłumaczenie na zasadzie ‚bo sanepid się przyczepił’. Widząc, że zawijam naprędce w drugim kierunku – jedzenia na Lubań 1225m tylko tyle, co kto ile w plecaku zniósł, a ja tam nic nie mam – pytają czy na pewno idę dalej do Krościenka 😉 Tak idę. Cały dzień jestem tylko o wodzie, idę więc na obiad, słynne lody i w końcu nocleg, bo dalej mi za daleko… Schroniskowy klimat nie za wszelką cenę. Dosłownie na moment więc: witajcie Pieniny!
Chwilowo – mam nadzieję – piszę w liczbie pojedynczej, tym samym zachęcam Was do wędrówki: od jutra przez Beskid Sądecki, od 2go września Beskid Niski, od 7go Bieszczady – zapraszam!
#blogtroterzy #szlakbeskidzki